Zakochany lekkoduch czy troskliwy mąż i ojciec?

Śląski romantyk

Liczne na Górnym Śląsku poindustrialne zabytki mogą sugerować, że nasza, górnośląska, zwłaszcza dziewiętnastowieczna, szlachta miała niezwykłe zdolności biznesowe i menedżerskie. Zakłady przemysłowe, zamki, pałace czy ufundowane przez przedstawicieli wielkich, arystokratycznych rodów kaplice, kościoły i klasztory są po dziś dzień materialnym świadectwem ich ówczesnego bogactwa. I choć ich wielkie nagromadzenie na stosunkowo niewielkim – w porównaniu np. do obszaru Polski – terenie Górnego Śląska zdaje się świadczyć o tym, że cała tutejsza szlachta miała olbrzymi talent do „robienia pieniędzy”, nie ulega wątpliwości, że ta cecha nie odbiegała zbytnio od średniej europejskiej. Po prostu – z jednej strony – śląscy arystokraci mieli więcej możliwości do pomnażania kapitału od innych, a – z drugiej – do historii przechodzą zwykle tylko ci najwybitniejsi, a o całej reszcie po prostu się nie pamięta. A jednak w historii Górnego Śląska poczesne miejsce zajmuje ktoś kto nie miał wielkich predyspozycji do robienia interesów, ktoś kto przedkładał uczucie do pięknej kobiety nad dostatnie życie, ktoś komu nie udało się uratować rodzinnego majątku przed licytacją. Cechy te wskazują na typ 100-procentowego romantyka i właśnie z przedstawicielem tej epoki mamy do czynienia. Zorientowani czytelnicy pewnie już się domyślają, że bohaterem niniejszego artykułu będzie największy śląski poeta – Joseph von Eichendorff.

Wywodzący się starej, brandenburskiej szlachty przodek Josepha przywędrował na Śląsk w czasie wojny trzydziestoletniej. Po półtora wieku bytności ród Eichendorffów był już dość dobrze zadomowiony na Śląsku a rozległe dobra pozwalały przedstawicielom tej rodziny na stosunkowo dostatnie życie. Urodzony w 1756 r. w Krawarzu pod Opawą baron (Freiherr) Adolf von Eichendorff, ojciec Josepha, wyniósł z domu przekonanie o potrzebie zapewnienia przez ojca rodziny dostatniego życia swojej rodzinie. Gdy w roku 1784 ożenił się z piękną i dystyngowaną Karoliną von Kloch, zaczął realizować te zamierzenia wykupując od teścia rodzinną rezydencję w Łubowicach pod Raciborzem i po roku kończąc rozpoczętą przez poprzedniego właściciela budowę okazałego, barokowo-rokokowego, jednopiętrowego pałacu z przestronnymi komnatami i dużym salonem na piętrze. Stojący w malowniczej scenerii – na nadodrzańskim wzgórzu pośród dużego parku – pałac był częścią większej, liczącej 240 ha użytków rolnych posiadłości. Uzupełnieniem rodzinnych włości były wsi Radoszowy i Sławików z 16 gospodarstwami rolnymi i leśnymi oraz dworek myśliwski w Suminie. Eichendorffowie stali się również współwłaścicielami majątku Sedlnitz na Morawach. Sielankę początkowego okresu pożycia małżeńskiego Eichendorffów uzupełniły narodziny synów: Wilhelma i półtora roku później – 10 marca 1788 r. – Josepha. Zapewnienie odpowiedniego poziomu życia i wygód rodzinie pochłaniało jednak sumy znacznie przekraczające dochody majątku. Adolf postanowił więc „dorobić na boku” inwestując w nieruchomości. Jedną z pierwszych inwestycji był zakup w 1791 r. za 346 tys. talarów potężnego, pamiętającego średniowiecze zamku w Toszku. Zamek był ulubionym miejscem „weekendowych” wypadów rodziny Eichendorffów. Dla Wilhelma i Josepha stary zamek stał się ucieleśnieniem dziecięcych marzeń niczym wprost wyjętych z ludowych podań i baśni. Choć czas beztroskiego zabaw w starym zamczysku bezpowrotnie się skończył po 6 latach, gdy ojciec sprzedał toszecką warownię, odwiedziny w toszeckim zamku odcisnęły duży wpływ na przyszłej twórczości Josepha. Kwota sprzedaży (600 tys. talarów) pozwoliła na pokrycie strat z innych, nieudanych inwestycji. Udana transakcja zachęciła jednak Adolfa do bardziej aktywnej spekulacji nieruchomościami. Brak środków własnych spowodował, że coraz więcej inwestycji finansował on z krótkoterminowych i wysokooprocentowanych kredytów. Rezultatem kolejnych nieudanych inwestycji było lawinowo wzrastające zadłużenie majątku. Gdy w 1801 r. wierzyciele w końcu upomnieli się o swoje pieniądze Adolf musiał uciekać z Łubowic. Wrócił po paru miesiącach, ale dalsza nieudolność w zarządzaniu sprawiła, że już po 3 kolejnych latach nad Eichendorffami stanęło widmo bankructwa.

Wilhelm i Joseph otrzymali dobre wykształcenie w domu. Ich pierwszymi wychowawcami byli miejscowy proboszcz Bernard Heinke i wikary Paweł Ciupke. Służba Eichendorffów rekrutowała się niemal w całości spośród miejscowej, słowiańskiej ludności. Nic zatem dziwnego, że Joseph doskonale opanował śląską mowę, którą posługiwali jego rówieśnicy z łubowickiej wsi. W 1801 roku Karolina widząc nieporadność swego męża w zarządzaniu majątkiem, postanowiła wysłać synów do szkoły by – podobnie jak większość synów mieszczańskich – zdobyli wykształcenie pozwalające w przyszłości na pozyskanie lukratywnej posady urzędniczej. Wilhelm i Joseph wyjechali zatem do Wrocławia, gdzie uczyli się w gimnazjum św. Macieja. Po zdaniu matury przez blisko rok bracia pozostali jeszcze we Wrocławiu uczęszczając jako wolni słuchacze na wykłady w tamtejszym uniwersytecie, przygotowując się do regularnych studiów prawniczych. Powracali na wakacje do Łubowic, gdzie oddawali się niezmąconej kolejnymi nieudanymi interesami ojca zabawie. Był to też okres pierwszych miłosnych przygód Josepha. We Wrocławiu poznał piękną Karolinę Pitsch i przeżył swoją pierwszą miłość. W Łubowicach i okolicznych wioskach rozkochiwał w sobie wieśniaczki, w Brzeźnicy – przepiękną córkę młynarza. Nie powinno to dziwić. Wszak wykształcony szlachcic doskonale władający rodzimą mową wiejskich panien, a w dodatku romantyczny poeta – to wymarzona partia dla każdej dziewczyny, nawet jeśli zdawały sobie sprawę, że ze względu na różnice społecznego pochodzenia nie miały szans na zaciągnięcie go przed ołtarz. Ale nie tylko miłością żył młody Joseph. Interesował się teatrem, choć ze względu na delikatną budowę otrzymywał głównie role żeńskie. Zaczytywał się Swetoniuszem, Horacym, Homerem. W tym okresie powstały też jego pierwsze wiersze.

W 1805 roku Wilhelm i Joseph podjęli studia prawnicze na słynnym wówczas uniwersytecie w Halle. Tutaj uczęszczał Joseph na wykłady duńskiego filozofa Henrika Steffensa, duchowego prekursora romantyzmu. Po trzech semestrach, w sierpniu 1806 roku, powrócili bracia na okres ferii do domu, jednak wydarzenia polityczne całkowicie zmieniły ich dalsze plany. Po klęsce pruskiej armii pod Jeną Napoleon zamknął uniwersytet w Halle, a dalsze zmagania wojenne przeniosły się na Śląsk. Pod koniec stycznia następnego roku pod pobliską twierdzę w Koźlu podeszły sprzymierzone z Napoleonem wojska bawarskie oraz wirtemberskie. Załoga Koźla, jednej z ośmiu broniących Śląska twierdz, pod dowództwem pułkownika von Neumanna nie skapitulowała, więc w połowie lutego rozpoczęło się trwające prawie pół roku oblężenie. Bawarczycy ostrzeliwali twierdzę z dział ustawionych m.in. na wzgórzach w Większycach, a także od strony Reńskiej Wsi. 25 lutego Joseph wraz z matką i bratem wybrali się do Sławikowa, gdzie z górnego okna wiatraka obserwowali przez lunetę ostrzał artyleryjski Koźla. „Rozpoczęła się kanonada jakiej dotąd nie słyszeliśmy” – napisał w pamiętniku. Oblężenie przeciągało się. Załoga Koźla była wyczerpana, ale oblegający również cierpieli z powodu ran, chorób i głodu. Grupy bawarskich żołnierzy zaczęły więc plądrować okolicę. Gdy doszli do Łubowic, w pałacu Eichendorffów zaczęto już „pakować srebra i lepszą bieliznę”. Nieszczęściu zapobiegła nagła powódź – Odra wylała a wieś i pałac zostały odcięte od świata.

W 1807 roku wyjechali bracia do równie słynnego co Halle uniwersytetu w Heidelbergu. Joseph znów znalazł się w samych centrum towarzyskiej śmietanki niemieckiego romantyzmu. Wydał tu po raz pierwszy swoje wiersze – na razie pod pseudonimem Florens. W kwietniu następnego roku młodzi baronowie wybrali się na wycieczkę do Paryża. Po kilkutygodniowym pobycie w stolicy napoleońskiej Francji, powrócili do Heidelbergu. Szybko wyjechali jednak powtórnie – tym razem do domu by pomóc ojcu w interesach. Przez Norymbergę, Regensburg i dalej pocztowymi barkami Dunajem dostali się do Wiednia, a po kilku tygodniach powrócili do Łubowic. Po powrocie odkryli, że rodzinny budżet po krótkotrwałym „złapaniu oddechu” po rządowym moratorium, które uratowało Eichendorffów przed bankructwem, znów zaczął staczać się na samo ekonomiczne dno. Joseph nie miał jednak głowy do tak przyziemnych zmartwień. Każdą wolną chwilę przeznaczał na konne wycieczki do nieodległego Pogrzebienia, skąd pochodziła jego nowa miłość. Śliczna Luiza von Larisch (według kościelnej metryki z 1792 roku ochrzczona w Rybniku jako Aloysia Anna Wiktoria) zawróciła w głowie młodemu poecie jak żadna inna wcześniej. Kochankowie całymi dniami spacerowali po okolicznych lasach, szczególnie po lesie Widok, na skraju którego Joseph zwykł siadać i wpatrywać się godzinami w pogrzebieński zamek, gdzie mieszkała pani jego serca. Dość szybko zdał sobie sprawę, że nie jest ona kolejną przelotną miłostką i w 1809 roku oficjalnie się zaręczył z młodziutką, ledwie 17-letnią wówczas szlachcianką. Larischowie na Pogrzebieniu byli równie biedni i zadłużeni co Eichendorffowie na Łubowicach, jednak rodzice Josepha mieli zdecydowanie wyższe ambicje. Upatrzyli dla swego syna lepszą partię – hrabiankę Julię von Hoverden, wychowanicę i spadkobierczynię po Johannie Friedrichu von Eichendorff, panie na Tworkowie i Szylerzowicach, wujku Josepha. Ewentualne małżeństwo Josepha z Julią uratowałoby pewnie Łubowice przed komornikiem. Zakochany po uszy w Luizie poeta nie chciał jednak nawet słyszeć o pomysłach swych rodziców. Ponieważ oni również nie akceptowali jego wyboru, pewnym było, że stosunki pomiędzy Josephem a rodzicami, szczególnie ojcem, znacznie się w przyszłości pogorszą.

W kolejnych latach Wilhelm i Joseph wyjeżdżali jeszcze na uczelnie do Berlina oraz Wiednia, gdzie w końcu w 1812 roku zdali z wynikiem bardzo dobrym egzaminy i uzyskali prawnicze dyplomy. Była to też dla Josepha kolejna okazja na kontakty z ówczesnymi sławami filozofii i literatury. Zakończenie studiów wiązało się też z problemem znalezienia dobrze płatnej posady. Wilhelm pozostał w Wiedniu, gdzie udało mu się wkrótce zdobyć intratne stanowisko. Joseph – pod wpływem wojennych nastrojów i odezwy króla Fryderyka Wilhelma III „Do mojego ludu” wzywającej do wstępowania do freikorpsów – opuścił brata (jak się później okazało na zawsze) i powrócił na Śląsk. W kwietniu 1813 roku wraz ze swym przyjacielem Philippem Veitem wstąpił do tworzonego właśnie, najsłynniejszego z freikorpsów – korpusu von Lützowa. Nie wziął jednak udziału w żadnych walkach, a kariera w korpusie, który bardziej był zagrożony przez zarazę niż działania wojenne bardzo go rozczarowała. Dodatkowo oliwy do ognia dolał fakt, że Joseph ze względu na kłopoty finansowe nie mógł liczyć na karierę oficera gdyż nie było go stać na mundur i konia.

W 1814 roku został Joseph zwolniony ze służby i na polecenie generała Augusta von Gneisenaua, szefa sztabu feldmarszałka von Blüchera, otrzymał stanowisko sekretarza w Głównym Komisariacie Wojennym w Berlinie. Na przeżycia związane z nieudaną karierą wojskową nałożyły się jeszcze problemy rodzinne. Rodzice Josepha, którzy wciąż nie akceptowali jego związku z Luizą coraz mocniej zaczęli naciskać na ślub z Julią. Joseph pozostał jednak nieugięty, choć biorąc pod uwagę epokę w jakiej żył, wartości jakie wyniósł z rodzinnego domu, jak również jego żarliwą religijność (sprzeciwianie się woli rodziców było olbrzymim występkiem przeciwko czwartemu przykazaniu), nie było to dla niego łatwe. Pokoleniowy konflikt narastał coraz bardziej, a gdy Luiza zaszła w ciążę osiągnął swoje apogeum. Nawet w takiej sytuacji Adolf nie pogodził się z wyborem syna. Uzyskawszy zezwolenie na ślub od generała Gneisenaua Joseph czym prędzej udał się do Łubowic. Błagał rodziców o zgodę na ożenek z ukochaną i o błogosławieństwo. Niestety ta ostatnia próba pojednania z ojcem i matką zakończyła się niepowodzeniem. Ślub Josepha i Luizy odbył się 7 kwietnia 1815 roku we Wrocławiu w kościele św. Wincentego. Niemiłą niespodzianką dla Josepha była z pewnością nieobecność jego rodziców na uroczystości zaślubin. Po ślubie Joseph po raz wtóry spróbował kariery wojskowej. U boku Gneisenaua wkroczył do Paryża, otrzymał awans oficerski, jednak w 1816 roku jego regiment został rozwiązany co definitywnie zakończyło przygodę młodego poety z armią. Tymczasem 30 sierpnia 1815 r. przyszedł na świat pierworodny syn Josepha i Luizy – Hermann. Utrzymanie małżonki i syna zmusiło Josepha do powrotu na urzędnicze stanowisko w Głównym Komisariacie Wojennym. Właśnie wtedy rozpoczęła się jego długa, acz nie do końca udana urzędnicza kariera. Joseph próbował powrócić na Śląsk starając się o posady landrata (starosty powiatowego) w Pszczynie i Rybniku. Niestety nie uzyskał aprobaty władz i na długie lata musiał rozstać się ze swoją ojczyzną. W 1821 roku Joseph otrzymał pracę w Gdańsku, następnie w Królewcu. Gdy w 1831 roku powrócił do Berlina, zatrudniano go w różnych ministerstwach i urzędach, ale nigdzie nie mógł zagrzać miejsca na dłużej. Nigdzie też nie znalazł posady, która pozwoliłaby rodzinie na trochę łatwiejsze wiązanie końca z końcem. Baronostwu rodzą się w tym czasie kolejne dzieci – Teresa (1817), Rudolf (1819), Agnieszka (1821) i Anna (1830), choć dwie najmłodsze córki umierają już po kilkunastu miesiącach. Tymczasem w Łubowicach umierają ojciec (1818) i matka (1822), po śmierci której łubowickie włości zostają wystawione na licytację i bezpowrotnie stracone. Inne dobra rodzinne zostały sprzedane już wcześniej by pokryć część długów. Kończy się dla Josepha epoka, do której będzie jeszcze wielokrotnie wracał w swoich utworach. Tęsknota za utraconym rajem dzieciństwa i okresu młodzieńczego będzie stanowiła ważny element jego twórczości. „Magiczne miejsca” na czele z Łubowicami, Toszkiem i Pogrzebieniem na trwale zapiszą się w światowej literaturze.

W 1844 roku Joseph – z powodu przewlekłej choroby – przeszedł na emeryturę. Mógł teraz poświęcić się już bez reszty rodzinie i pisaniu. Niestety zły stan rodzinnych finansów i brak większych oszczędności przyczyniły się po kilku latach do pogorszenia stanu zdrowia Luizy, a to z kolei zmusiło Eichendorffów do zamieszkania kątem u swej zamężnej córki Teresy. Dzięki temu mieli jednak okazję powrotu z „wygnania” na Górny Śląsk – do Nysy. Niestety krótko po przeprowadzce, 3 grudnia 1855 roku, Luiza zmarła. Joseph załamał się po śmierci ukochanej i do końca życia nie odzyskał pełni psychicznej równowagi. Sam zmarł po niespełna dwóch latach, 26 listopada 1857 roku i – zgodnie ze swoim życzeniem – został pochowany obok małżonki.

Nazywano już Eichendorffa „śląskim Mickiewiczem” czy „Goethem z Łubowic”. Coś w tych określeniach jest, choć należy wątpić by jemu samemu przypadły do gustu. Wszak jako indywidualista chciałby pewnie pozostać sobą, a nie być porównywany do innych. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że jego twórczość stanowi swego rodzaju pomost pomiędzy Mickiewiczem, Słowackim czy innymi polskimi romantykami a właśnie Goethem czy Schillerem. Z jednej strony – podobnie jak to było w polskim romantyzmie – u Eichendorffa pojawia się w stopniu znacznie przekraczającym ówczesne literackie standardy tęsknota za ojczyzną, z drugiej jednak skupił się Joseph na romantyczności „sensu stricte” bez zbędnego mu – choć sam krótko był żołnierzem – „wymachiwania szabelką”. Może właśnie w tym tkwi jego wyjątkowość? Ta wyjątkowość, która zwróciła uwagę na jego liryki takich kompozytorów jak Schumann, Schubert, Brahms czy Mendelssohn. To oni właśnie pisali muzykę do jego utworów dzięki czemu powstały wspaniałe, śpiewane po dziś pieśni. I choć nie są tak znane jak choćby „Oda do radości” Schillera, która dzięki muzyce Beethovena stała się europejskim hymnem, one również – a może przede wszystkim – stanowią syntezę paneuropejskiego romantyzmu.

Po dziesięcioleciach zapomnienia związanych z nacjonalistyczną ideologią uwielbiających go nazistów jak również nienawidzących polskich komunistów, wraca twórczość Eichendorffa w należne jej miejsce górnośląskiej rzeczywistości. Od paru lat można nawet mówić o pewnej „modzie na Eichendorffa”. Czym jednak sobie ten romantyk zasłużył na sympatię – pragmatycznych wszak w większości – Ślązaków? Ks. prof. Szymik, tłumacz poezji Eichendorffa, twierdzi, że dostrzegł w utworach naszego poety ten las z okolic Lubomi, Syryni, spod Pszowa, natomiast las z utworów Mickiewicza jest jakiś obcy, odległy o tysiąc kilometrów. Być może tak właśnie jest? A może nas, Ślązaków, przeraża ogrom martyrologii, która aż wylewa się z polskiego romantyzmu? Może nie bawią nas przelana w obronie Reduty Ordona krew czy rozterki Kordiana? Tego u Eichendorffa nie znajdziemy. Znajdziemy za to pochwałę beztroskiej, pełnej zabaw i wędrówek egzystencji w noweli „Z życia nicponia”, arcydziele literatury niemieckojęzycznej, czy innych utworach. I choć Ślązacy stąpają twardo po ziemi, któż z nas nie lubi biesiadnej atmosfery zabawy, smaku zimnego piwa czy chóralnych śpiewów? A tego w wierszach Eichendorffa nie zabraknie. Może zatem w jego twórczości więcej jest słowiańskiej duszy niż mogłoby się początkowo wydawać a sama jego osoba – niczym cały wielokulturowy Śląsk – łączy w sobie artyzm Wschodu i Zachodu?

Utwór Eichendorffa w tłumaczeniu Mirosława Syniawy na język śląski

FORBAJ

To niy ma już tyn stary strōm,

Co stoł sam dŏwno tymu,

Kaj postrzōd kwiŏtkōw siŏdoł żech

Nad rozświetlōnōm ziymiōm.

To niy ma już tyn las, kaj w dōł

Szoł z wiyrchu cichy powiyw,

Jak ech ôd lipsty nocōm gnoł

Z sercym fol śpiywek nowych.

To niy ma ta dolina, kaj

Sŏrniki sie pŏsali,

A my bez noc tysiōnczny rŏz

Na siebie wyglōndali.

A przecã świat durch mody je,

To je tyn strōm, dolina, las,

I jyno tyś zestarzoł sie,

Skōńczōł sie miyłowaniŏ czas.

łubowice

W Łubowicach znajduje się popiersie Josepha von Eichendorff

Facebook