Wizjoner na państwowym wikcie

Wszyscy doskonale wiemy z czym kojarzy się państwowa posada. W najlepszym wypadku z ciepłą posadką, która – choć nie przynosi wielkich profitów – nie wymaga też wielkich kwalifikacji i motywacji do pracy. Nie jest to więc praca dla ambitnych. No chyba, że ktoś chciałby realizować swoją karierę nie do końca zgodnie z normami moralnymi, etycznymi czy nawet prawnymi. Tu mamy już jednak do czynienia z korupcją bądź nepotyzmem. I choć zdajemy sobie doskonale sprawę, że zdecydowana większość urzędników jest uczciwa, to jednak obraz pracownika publicznego urzędu przełomu XX i XXI wieku nie jest pozytywny. Tym bardziej więc trudno wyobrazić nam sobie, że przed dwustu laty urzędnik państwowy nie tylko nie nadużywał zaufania swego pracodawcy i posiadał wybitne kwalifikacje, ale wręcz wykazywał się inicjatywą i mało spotykaną intuicją tak do dobierania sobie współpracowników jak i wyboru odpowiednich inwestycji i technologii. A jednak taki właśnie był Fryderyk Wilhelm von Reden. Urodził się w 1752 roku na pograniczu Westfalii i Dolnej Saksonii w rodzinie o górniczych tradycjach. Nic więc dziwnego, że i on zdobył górnicze wykształcenie, choć prócz górnictwa studiował również prawo i nauki przyrodnicze. W młodości, zgodnie z ówczesną, oświeceniową modą, wiele podróżował po Europie. W latach 1773-76 zwiedził Belgię, Holandię, Francję i Anglię, głównie zwracając uwagę na rozwój przemysłu w tych krajach. W Anglii jego uwagę przykuł proces koksowania węgla. Miał również okazję poznania maszyny parowej. Po powrocie z zagranicznych wojaży praktykował w kopalni w Harz, a następnie rozpoczął karierę urzędniczą, zostając w 1778 roku radcą górniczym w Departamencie Górnictwa i Hutnictwa w Berlinie. Dzięki protekcji swego wuja Fryderyka Antona von Heinitz, pruskiego ministra i szefa Departamentu Górnictwa i Hutnictwa młody Reden miał okazję zwiedzić Śląsk i opracować memoriał o przebudowie śląskiego przemysłu. Otrzymał za to z rąk króla Prus stopień honorowego radcy górniczego oraz szambelana dworu a także stanowisko dyrektora Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu. W wieku 27 lat Fryderyk Wilhelm von Reden uzyskał prawne i techniczne możliwości by wdrożyć w życie zawarte w memoriale plany rozwoju śląskiego górnictwa i hutnictwa. Jednak jego zaangażowanie znacznie przekraczało zwyczajowe zachowanie urzędników. Wciąż namawiał kolejnych pruskich króli do inwestycji na terenie Śląska. Odbywającego podróż po Górnym Śląsku Fryderyka Wilhelma II tak zafascynował kopalnią kruszców „Fryderyk” w Tarnowskich Górach, że monarcha zrezygnował z dalszej podróży. 19 stycznia 1788 r. w tej właśnie kopalni uruchomiono sprowadzoną z Anglii na polecenie Redena pierwszą na kontynencie maszynę parową. Von Reden potrafił znakomicie wykorzystać ten fakt marketingowo, nagłaśniając sprawę szeroko w kręgach europejskiej arystokracji. Już niedługo maszyna parowa z Tarnowskich Gór jak i cały Górny Śląsk stały się celem wycieczek ówczesnych europejskich elit politycznych i intelektualnych. 2 lata wcześniej Reden za swoje zasługi otrzymał tytuł hrabiowski, a do jego herbu dodany został hełm górniczy z pyrlikami. W 1791 roku z polecenia Redena uruchomione zostają dwie kopalnie: „Książe Karol z Hesji” (9 lat później przemianowana na „Król”) na polach południowych Łagiewnik nieopodal wsi Chorzów, oraz „Królowa Luiza” nieopodal wsi Zabrze. Reden wykorzystywał dalej swoje doświadczenia z podróży po Europie budując w 1796 r. w Gliwicach „Królewską Odlewnię Gliwice” z pierwszym na kontynencie piecem opalanym koksem. Drugi ruszył 6 lat później w uruchomionej w 1799 r. nieopodal otwartej wcześniej kopalni „Król” „Królewskiej Hucie”. To właśnie od tego zakładu wzięła nazwę rozbudowująca się w okolicy, będąca zalążkiem późniejszego miasta osada robotnicza. Również w 1799 r. z inicjatywy Redena rozpoczęto budowę Głównej Kluczowej Sztolni Dziedzicznej – najdłuższej w Europie sztolni służącej do odwadniania kopalń od Królewskiej Huty aż po Zabrze i podziemnego transportu węgla do Gliwic.

Hrabia Reden miał szczęśliwą rękę nie tylko do inwestycji ale i do współpracowników. Sprowadził na Górny Śląsk m.in. Johanna Friedricha Weddinga i genialnego szkockiego inżyniera Johna Baildona. To właśnie Baildon nadzorował inwestycje hutnicze w Gliwicach i Królewskiej Hucie. Później jego imieniem nazwana została nowopowstała huta w Dębie (obecnie dzielnicy Katowic).

W roku 1802 Reden ożenił się z Fryderyką Karoliną von Riedesel zu Eisenbach, która zamieszkała w jego majątku w Bukowcu w Sudetach i zmieniła go w prawdziwą magnacką rezydencję. W tym samym roku po śmierci Heinitza został szefem Departamentu Górnictwa i Hutnictwa, którym kierował od 1803 r. w randze ministra. Niestety szczęście, które do tej pory mu sprzyjało odwróciło się i zawirowania polityczne związane z wojnami napoleońskimi zakończyły jego wspaniałą karierę. Po pokonaniu Prus przez Francję Reden złożył Cesarzowi Francuzów przysięgę na wierność. Swą postawą wskazał więc dobitnie, że górnośląskie górnictwo i hutnictwo były dla niego ważniejsze niż kariera i zaszczyty w pruskim rządzie. Jednak po zawarciu pokoju w Tylży w 1807 r. został zdymisjonowany z zajmowanego stanowiska i pozbawiony prawa do emerytury. Resztę życia spędził Reden w swej rezydencji w Bukowcu. Zmarł w 1815 r. nie odzyskawszy łaski pruskiego monarchy.

Jednak mieszkańcy Górnego Śląska pamiętali hrabiego bardzo dobrze i doskonale wiedzieli co mu zawdzięczają. Już w 1852 r., w setną rocznice urodzin Redena, z inicjatywy mieszkańców Królewskiej Huty odsłonięto na okolicznym wzgórzu pomnik hrabiego autorstwa równie sławnego artysty, w dodatku urodzonego w tej miejscowości – Teodora Kalidego. Odsłonięcia pomnika dokonał król pruski Fryderyk Wilhelm IV który na tę okazję specjalnie przyjechał z Berlina. Widać monarchia pruska zapomniała Redenowi „zdradę” jaka była powodem jego dymisji. Sam przyjazd Fryderyka Wilhelma IV był olbrzymim wydarzeniem. Król przyjechał pociągiem do Wielkich Hajduk (obecnie Chorzów Batory), a stamtąd powozem udał się do Królewskiej Huty, pozdrawiany po drodze przez tłumy mieszkańców zebranych na specjalnie z tej okazji udekorowanych ulicach. Od tamtej chwili wzgórze, na którym stał pomnik zwyczajowo nazwane zostało Górą Redena i nawet teraz, kilkadziesiąt lat po oficjalnej zmianie nazwy na „Górę Wyzwolenia” mieszkańcy miasta wciąż mówią o górze „Rydynie”. Może władze Chorzowa powinny oficjalnie wrócić do tej historycznej nazwy? Wszak „wyzwolenie”, do którego odwołuje się obecna nazwa wzgórza, niewiele z wyzwoleniem miało wspólnego, za to dla wielu Ślązaków oznaczało pobyt w obozie, wypędzenie do Niemiec, wywózkę do ZSRR, a nawet śmierć. Dodatkowym argumentem przemawiającym, za nazwą zwyczajową jest fakt, że w innych miastach są miejsca zwane imieniem Redena: w Tarnowskich Górach – park, a w …Dąbrowie Górniczej – cała dzielnica, której nazwa pochodzi od powstałej w 1796 r. kopalni o tej samej nazwie (Zagłębie Dąbrowskie należało przez krótki okres – od III rozbioru do powstania Księstwa Warszawskiego – do Prus i również tam Reden prowadził działalność inwestycyjną). O niesłabnącej sławie hrabiego wśród mieszkańców Królewskiej Huty i okolic świadczy zdarzenie z połowy lat 20-tych ubiegłego wieku. Mój pradziadek zabrał swą 5-6-letnią wówczas córkę, a moją babcię, na niedzielny spacer z ówczesnej wsi Chorzów do Królewskiej Huty. Stając przed pomnikiem Redena przekazał córce „mądrość ludową” i swój – robotnika w dobie powszechnego bezrobocia – szacunek do tej postaci mówiąc: „Oto ten, który stworzył robotę”.

Pomnik Redena stał się niestety obiektem politycznych zmagań. W lipcu 1939 r. został zburzony przez polskich „patriotów”, dla których nie było ważne co hrabia Reden dla Śląska zrobił, ale to gdzie się urodził i jakim językiem się posługiwał. Naziści odbudowali pomnik 26 czerwca 1940 r. w tym samym miejscu, ale replika pomnika podzieliła los oryginału po zakończeniu II Wojny Światowej. Przez długie lata w Chorzowie nie było więc żadnego śladu po głównym twórcy miasta. Dopiero 6 września 2002 r. dzięki długoletnim staraniom chorzowskiego koła Ruchu Autonomii Śląska odsłonięto nowy pomnik hrabiego Redena w nowym miejscu. Tym razem autorem posągu był rzeźbiarz August Dyrda z Tychów, a pomnik stanął w bardzo reprezentacyjnym miejscu bo na chorzowskim Rynku.

Fryderyk Wilhelm hrabia von Reden jak nikt inny rozumiał potrzebę związania hutnictwa z górnictwem. Choć obecnie wydaje nam się oczywiste, że huty ze względów ekonomicznych musiały powstawać tam gdzie były złoża rud bądź paliwa służącego do wytopu (w tym wypadku węgla kamiennego), 200 lat temu było to rozwiązanie innowacyjne. Był wielkim wizjonerem – wierzył, że przykład udanych inwestycji państwowych pobudzi na Górnym Śląsku kapitał prywatny i tak też się stało. I choć w tamtych czasach wielkich wizjonerów na Śląsku nie brakowało (wymienić wypada Karola Godulę czy przedstawicieli takich rodów jak Henckel von Donnersmarckowie, Thiele-Wincklerowie czy Schaffgotschowie) był jedynym, który kolejne swe pomysły wdrażał pomnażając nie swój, lecz królewski czyli de facto państwowy kapitał. To czyni postać Redena wyjątkową. Pewnie teraz, po dwustu latach, znów przydałby się śląskiej ziemi wizjoner pokroju Redena. Czy jednak w dzisiejszych czasach taki wizjoner mógłby rozwinąć skrzydła i realizować dla dobra tej ziemi wszystkie pomysły, które przyszłyby mu do głowy? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi…

Facebook