Wirtualne państwo

18 września minęła 11-ta już rocznica uchwalenia Ustawy o podpisie elektronicznym. Ustawy, która według ówczesnych komentarzy miała Polskę wprowadzić do cyfrowej epoki nowoczesnych technologii. Jak bardzo te plany rozminęły się z rzeczywistością mamy okazję stwierdzić zawsze gdy załatwiamy jakąś sprawę w którymś z publicznych urzędów.

W trakcie prac nad ustawą starły się ze sobą dwa przeciwstawne obozy. Jeden, liberalny, dowodził, że przystępność prawa do wydawania certyfikatów kwalifikowanych znacząco obniży ich cenę, a to z kolei doprowadzi do powszechności używania podpisu elektronicznego. Drugi obóz z kolei argumentował, że bezpieczeństwo certyfikatów jest podstawową cechą systemu więc należy zdecydowanie ograniczyć ilość instytucji, które mogłyby wydawać certyfikaty. Nie trudno się domyślić, że do tego obozu należały te podmioty, które liczyły na podzielenie między siebie całego rynku związanego z podpisem elektronicznym. Jak zapewne większość Czytelników wie, przedstawiciele tej drugiej opcji skuteczniej lobbowali wśród parlamentarzystów i właśnie ich postulaty znalazły się ostatecznie w Ustawie. I właściwie w momencie powstania tego prawa rozwój gospodarki elektronicznej został na lata zahamowany.

I byłby zahamowany na zawsze gdyby nie to, że sektor gospodarki elektronicznej rozwija się zupełnie obok tego co miało temu sektorowi pomóc. Własny podpis elektroniczny na swój sposób wprowadziły instytucje prywatne np. banki. Jednorazowe hasła w formie papierowej, tokenach czy wysyłanych przez bank smsach są właśnie elektronicznym podpisem, który uwierzytelnia nas przed bankiem. Systemów tych jest więc tyle ile banków oferujących internetowy dostęp do konta. Ale nie tylko banki wprowadziły swój podpis elektroniczny. Praktycznie każdy serwis internetowy oferujący dostęp do poczty elektronicznej, portal społecznościowy, platforma e-handlu itd. wprowadziły swój własny system podpisu elektronicznego. Nawet urzędy skarbowe wprowadziły własny, nie mający nic wspólnego z kwalifikowanym podpisem elektronicznym, system identyfikacji podatników składających zeznania za pomocą Internetu. Po co zatem Ustawa?

Ustawa utrudniła, ale nie powstrzymała rozwoju e-gospodarki. Miała wszystko przyspieszyć, a jednak stała się tylko swoistym alibi dla tych, którzy w różnych sferach życia grali rolę „hamulcowych”. Była na przykład usprawiedliwieniem dla przeciwników karty chipowej Śląskiej Kasy Chorych. Argumentowali, że wprowadzony zostanie nowy wzór dowodów osobistych, które będą wykorzystywać również podpis elektroniczny. Więc wprowadzenie kart chipowych tylko w celu rejestracji usług medycznych jest marnotrawieniem publicznych pieniędzy.

Teraz, po 11 latach obowiązywania Ustawy, wciąż bez jej wielokrotnie postulowanej liberalizacji i wciąż bez nowych, elektronicznych dowodów osobistych, powszechny system podpisu elektronicznego stał się symbolem słabości państwa. Pomimo milionów € unijnych dotacji przekazywanych na rozwój e-administracji, sektor ten wciąż jest w powijakach a jego wdrożenie odkładane o kolejne lata. Państwo polskie jest więc wirtualne, ale nie ze względu na jego dostępność w wirtualnej przestrzeni, ale raczej słabość w swoim unowocześnianiu.

Facebook