Warszawska pijawka

Trudno się spodziewać po kimś, kto przez całe życie tylko brał, że na starość weźmie się uczciwie do pracy i nie będzie żerował na innych. Wszak przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Dlatego nie dziwi fakt, że ministerialni urzędnicy i inne grupy mające korzyści z „centralnego układu” tak zaciekle bronią swego. Pewnie gdybyśmy my byli do czegoś przyzwyczajeni też byśmy tego bronili. Ale nie jesteśmy. Jesteśmy za to w tej sytuacji, że widzimy jak coraz bardziej marnieje to co nas otacza. Szczególnie to co finansowane jest ze środków samorządowych.

Trzeba przyznać „warszawskim specom” jedno. Potrafią pozbyć się problemu w taki sposób aby winę zwalić na kogoś innego. Weźmy dla przykładu oświatę. Przeprowadzona po 1989 r. seria reform tego sektora doprowadziła do sytuacji, że samorząd całkowicie odpowiada za finansowanie szkolnictwa na własnym terenie. Gdy gdzieś zamykają szkołę to protestują rodzice, nauczyciele, często przyjeżdża ekipa telewizyjna, kręci reportaż o uciśnionych uczniach, którzy nie mają się gdzie podziać. Jednocześnie pokazuje się urzędnika jakiegoś ministerstwa (finansów bądź edukacji narodowej), który w błagalnym geście rozkłada ręce mówiąc: „My nic na to nie poradzimy. Za to odpowiada wójt/burmistrz/prezydent miasta ”. Bo taka jest prawda. Tylko, że ten wójt czy burmistrz nie ma środków by sfinansować działalność placówki oświatowej bo firmy, które płaciły u niego podatki wyprowadziły się do Warszawy. A przynajmniej przeniosły tam swoje siedziby. Teraz płacą podatki w Warszawie, działalność wykonują tam gdzie wykonywały, a samorząd zostaje bez środków na utrzymanie szkoły. Jakby tego jeszcze było mało samorząd nie może sam decydować np. o programie nauczania. Gdyby prezydent miasta uznał, że ze względu na jakieś procesy demograficzne należy położyć większy nacisk na nauczanie określonej dziedziny to nie wolno mu tego zmieniać. Bo o programie nauczania decyduje minister w Warszawie. I program nauczania ma być taki sam w całej Rzeczypospolitej. A że są jakieś różnice regionalne? Kogóż to w Warszawie obchodzi? Tam gdzie jeszcze nie zamyka się szkół sytuacja też nie jest wesoła. Nauczyciele mają np. zakaz korzystania z kserokopiarki by przygotować się do kolejnych zajęć. A fundusz Komitetu Rodzicielskiego znika momentalnie na początku września bo trzeba kupić do szkolnej biblioteki nowe książki. Przecież ministerstwo zmieniło listę lektur.

Dokładnie tak samo wygląda sytuacja w opiece zdrowotnej. Tu też samorządy zostały zmuszone do przejęcia szpitali czy innych zakładów opieki zdrowotnej. Też borykają się z wieloma problemami, ale podobnie jak w przypadku edukacji, też nie mają na nic wpływu bo to Narodowy Fundusz Zdrowia decyduje tym ile dany szpital dostanie kontraktu. I jeśli ten kontrakt będzie za mały to samorządowcy mają problem do rozwiązania: albo dopłacą do funkcjonowania placówki, albo zdecydują o tym, że szpital nie będzie przyjmował więcej chorych a więc – pośrednio – mogą przyczynić się do czyjejś śmierci.

W tym wszystkim jest gdzieś i Warszawa i województwo mazowieckie, które odmówiło ostatnio zapłaty „janosikowego”. Oczywiście one też mają swoje problemy. Ale czy ich skala – biorąc pod uwagę korzyści jakie biorą z tego, że są „centralą” – nie jest śmiesznie mała w porównaniu z resztą kraju?

Facebook