Tradycyjna, wielkanocna, polska pizza

 

„Ala udaje, że śpi. Pod kołdrą ściska gumową cytrynkę z wodą. „Obleję babcię” – myśli. Skrzyp, skrzyp – skrzypią drzwi. Ala wystawia powoli rękę, ale co to? Coś spływa jej po nosie! – Śmigus-dyngus! – śmieje się babcia. Ala wyskakuje z łóżka. Pryskają na siebie wodą. Nagle coś dzieje się za oknem. – Ojej, zobacz, babciu! Na ulicy stoi dziewczynka, cała mokra! A na balkonie śmieją się chłopcy. Obok nich puste wiadro. – Nie macie rozumu! – krzyczy tata dziewczynki. – Ona nie ma się w co przebrać!”.

Powyższy tekst nie pochodzi z dziecięcej kroniki kryminalnej. Natknąłem się na niego na 60 str. trzeciej części wydanego w zeszłym roku przez Ministerstwo Edukacji Narodowej Naszego Elementarza dla I klasy szkoły podstawowej, gdy przygotowywałem porównanie tego Elementarza z wydanym 5 lat wcześniej Gōrnoślōnskim ślabikŏrzym, pierwszym elementarzem śląskojęzycznym. Tekst ten przywodzi od razu na myśl bandy chacharōw terroryzujące od początku lat 90-tych w każdy świąteczny poniedziałek całe dzielnice. Grupy te szczególnie obierały sobie okolice kościołów by atakować i oblewać kiblami wody, ludzi wychodzących po skończonym nabożeństwie z kościoła. Nie znaczy to oczywiście, że wcześniej w ogóle nie było dyngusowego chuligaństwa. Jednak dopiero po roku 1989, wraz z nową „wolnościową” ideologią, w myśl której „każdemu wolno wszystko”, nastąpiła eksplozja tego typu zachowań. Dlaczego zatem coś podobnego znalazło się w szkolnym podręczniku dla najmłodszych? Pewnie chodzi o to by wywołać dyskusję „czy to dobre czy złe zachowanie?”. Ale czy trzeba umieszczać taki fragment w czytance by wywołać dyskusję z 6-latkiem? Czy nie lepiej dzieciom w takim wieku pokazywać tylko dobre wzorce?

Pierwotnie śmigus-dyngus (śmiyrgust na Śląsku) polegał na oblewaniu panien przez kawalerów. W tym kontekście również pierwsza część czytanki budzi – może nawet większe – zastrzeżenia. Oto babcia z wnuczką polewają się nawzajem wodą. Zrozumiałe, że w ostatnim okresie, sfera obyczajowości w kontaktach międzypokoleniowych uległa znaczącym zmianom. I być może część dzisiejszych ōmōw i starkōw pozwala sobie na takie żarty z wnukami. Ale jest pewnie jakaś część, która przywiązana do tradycji i zwyczajów, pomimo olbrzymiej miłości w stosunku do swoich wnucząt, nie pozwali sobie na podobne spoufalanie. Co ma zatem zrobić taka babcia, kiedy jej wnuczka nie będzie mogła zrozumieć dlaczego babcia nie chce polewać i być polewana, skoro „babcia z czytanki” nie miała nic przeciwko i dobrze się przy tym bawiła? Można przypuszczać, że ten, pozbawiony jakiegokolwiek dydaktycznego waloru, fragment, znalazł się w czytance tylko i wyłącznie po to by, jako element humorystyczny, uczynić ją weselszą a przez to bardziej strawną dla pierwszaków. Ale czy nie wylano dziecka z kąpielą? Czy nie dałoby się tego zrobić inaczej?

Również w Gōrnoślōnskim ślabikŏrzu jest czytanka o „lanym poniedziałku”. Tekst Mirosława Syniawy (autora m.in. „Dantego i inszych”) jest jednak zdecydowanie inny. Oto tam dwaj bohaterowie elementarza (Paulek i Hanik) wybierają się by oblać inną jego bohaterkę (Maryjkę). Grzecznie dzwonią do drzwi, a gdy otwiera mama Maryjki, śpiewają piosenkę przedstawiając jednocześnie cel swojej wizyty. Jest również element humorystyczny. Matka Maryjki woła swoją córkę, bo „czekŏ sam dwóch szacōw”. A Maryjka nie wychodzi bo boi się, że – podobnie jak rok wcześniej – „absztyfikanty” użyją ôszkliwego parfina. Nie ma w czytance zdania o tym, że ktoś mógłby na kogoś wylać cōłki kibel wody. Jest za to pokazany zwyczaj, znany na Górnym Śląsku przynajmniej od lat 40-tych XX wieku (prawdopodobnie jeszcze dłużej), polewania kobiet (tylko kobiet i tylko przez mężczyzn) perfumami. Czyż tekst ten nie jest równie atrakcyjny dla ucznia, a osiągnięty cel dydaktyczny o wiele większy? Wszak nawet w humorystycznym elemencie jest przesłanie, że w kontaktach z – bardzo nawet młodymi – kobietami, mężczyźni nie powinni używać tanich i ańfachowych podróbek 😉

Największe obawy w stosunku do MEN-owskiego Naszego Elementarza budzi jednak tak łatwe i elastyczne podejście jego autorów do sfery tradycji i obyczajów. W czasach gdy globalizacja wdziera się niepostrzeżenie do naszego życia wszelkimi możliwymi drogami, powinniśmy jeszcze większą uwagę skupić na tym czym się odróżniamy od innych. Wszak zwyczaje to – obok języka – główny element kultury, który pozwala nam odnaleźć własną tożsamość. Tymczasem pierwszaki dostały od państwa polskiego prezent, który jeszcze bardziej utrudnia poznanie własnego dziedzictwa kulturowego. Parę lat temu w Teleexpresie pokazano etykietę produktu o nazwie „Tradycyjna polska pizza”. Oczywiście uznano nazwę tego wyrobu za przejaw skrajnej głupoty i niedorzeczności. Coś mi się widzi, że gdy w systemie oświaty znajdzie się jeszcze więcej tego typu Naszych Elementarzy, to za 20 lat, gdy dzisiejsi uczniowie klas pierwszych, skończą studia i gremialnie wejdą na rynek pracy, takich „tradycyjnych, polskich pizz” będziemy widywać więcej. Szczególnie na Wielkanoc.

Słowniczek:

chachŏr, chachar – chuligan
ōma, starka – babcia
szac – narzeczony; tutaj: zalotnik, amant, wielbiciel
ôszkoliwy – obrzydliwy, odpychający, wstrętny
parfin – perfumy
kibel – wiadro
ańfachowy – byle jaki, tandetny, pospolity

 

 

Elementarz MEN śmigus dyngus

Facebook