Szlagry Smolorza

W obliczu czyjejś śmierci każdy zastanawia się o co jeszcze zapytałby osobę, która odeszła, gdyby tylko miał taką możliwość. Ja również pomyślałem o czym chciałbym porozmawiać z Michałem Smolorzem, gdy dotarła do mnie ta smutna nowina. Ku mojemu zdziwieniu wyszło mi, że nie rozmawiałbym o polityce czy walce władzy z odradzającą się śląską tożsamością. Gdybym mógł porozmawiałbym z nim o muzyce!

Redaktor Smolorz wielokrotnie utyskiwał na poziom śląskiej muzyki rozrywkowej. Szczególnie tej tworzonej po roku 1989. Bolało go, że Ślązacy mają tylko „swoje disco polo”, pseudoludowe szlagry, których poziom artystyczny jest znikomy. Narzekał na pseudoniemiecki, pseudobawarski volksmusik, na którym wzorują się nasi „kompozytorzy”, na aranżacje z jodłowaniem, które w śląskiej kulturze nigdy nie występowało itd. Trudno nie zgodzić się z takimi argumentami, choć ja akurat miałem trochę inne spojrzenie na ten fakt. Ale ja mogłem być wyjątkiem bo mój otata (dziadek) w latach 70-tych przywiózł z RFN całą torbę kaset magnetofonowych (młodszych czytelników po informacje dotyczące owych kaset odsyłam do internetu bądź muzeów) z ówczesnymi gwiazdami niemieckiej, „folkowej” estrady. Był więc dla mnie od dzieciństwa tak samo bliski Heino jak The Beatles, ABBA czy Czerwone Gitary. Dlatego też rozumiałem przywiązanie – przynajmniej części – słuchaczy do „niemieckich sitz-polek”. Ale prócz tego mój pogląd na stan muzyki jeszcze w jednym aspekcie nie był zbieżny ze zdaniem pana redaktora. Uważałem, że należy pozwolić działać wolnemu (również w znaczeniu szybkości a nie tylko swobody działania) rynkowi. Bo on – prędzej czy później – przyniesie zapotrzebowanie na zdecydowanie lepszą muzykę. Być może Michał Smolorz myślał podobnie, ale uwielbiał wbijać kij w mrowisko więc celowo nie ujawniał całej swojej opinii.

Śląskie rozbudzanie muzycznych gustów trwało dosyć długo. Być może miał na to pośrednio wpływ kryzys polskiego disco-polo? W latach 90-tych gatunek ten królował na – nie tylko wiejskich – dyskotekach, ale później przygasł. Tamtejsi producenci muzyczni zaczęli więc szukać nowej niszy rynkowej. I znaleźli na Śląsku. Prosty tekst plus jeszcze prostsza linia melodyczna. To lud śląski kupi w każdej ilości! Jeśli brakowało rodzimych, śląskich wykonawców, to importowało się polskich. Stąd w wielu wypadkach efektem było kompletne dno pod względem językowym. Ale w końcu pojawiły się pierwsze jaskółki. Nie czynią one jeszcze wiosny, jeszcze zdarzają im się błędy językowe (choć nie w takich ilościach) ale już „niy ma gańba ich posuchać”. Takie zespoły jak Ed’Mans, który wywodzi się z nurtu „szlagrowego”, ale pod względem muzycznym i tekstowym wykonuje dobry pop z elementami rocka, „032”, który w roku 2011 nagrał przebój „Bez haje” (szkoda, że z błędem bo powinno być „Bez chaje”) i niedługo wypuści pierwszą płytę, popularny wśród kibiców chorzowskiego Ruchu raper Bułek, czy ostatnia gwiazda TV – heavymetalowy Oberschlesien, napawają nadzieją, że czasy kiedy śląska scena muzyczna całkowicie znormalnieje, nie są już takie odległe. Być może Michał Smolorz był tego świadom, ale nie dane mu było ogłosić to światu.

Facebook