Skończmy z monopolem Narodowego Funduszu Zdrowia

 

W ciągu ostatnich kilkunastu lat zdążyliśmy się już przyzwyczaić do rokrocznych problemów z kontraktami NFZ dla poradni i szpitali. W tym roku jednak konflikt jest głośniejszy niż w latach poprzednich, a minister zdrowia ostrzej niż kiedykolwiek wcześniej atakuje swego głównego „wroga” – Porozumienie Zielonogórskie. Szum medialny jest jednak na tyle wielki, że rzadko kto rozumie o co w tym wszystkim chodzi. Żeby to zrozumieć musimy się cofnąć o kilkanaście lat.

Pod koniec lat 90-tych powstały Regionalne Kasy Chorych. Choć początkowo wydawało się, że są one każdorazowo „przywiązane” do 16, swoich województw, wcale tak nie było. Istniała przecież Branżowa Kasa Chorych (dla służb mundurowych), a kasy regionalne wcale nie były zobowiązane do finansowania świadczeń zdrowotnych tylko na terenie „swojego” województwa. Dla przykładu Śląska Kasa Chorych działała z powodzeniem na wschodzie województwa małopolskiego (w powiatach chrzanowskim i oświęcimskim) i wielu tamtejszych mieszkańców przeniosło się do tej kasy, gdy stało się jasne, że działa ona lepiej niż Małopolska. Takie działania uwalniały rynek świadczeń zdrowotnych od regulacji administracyjnych. Można powiedzieć, że był to początek wolnego rynku, gdyż zarówno świadczeniobiorcy (pacjenci) jak i świadczeniodawcy (poradnie i szpitale) mogły zawierać umowy z tymi kasami, z którymi chcieli. Wprawdzie cały wolnorynkowy system dopiero raczkował, jednak kierunek zmian był korzystny dla wszystkich. I wtedy, gdy powoli wszystko zaczynało do siebie pasować jak tryby w mechanizmie szwajcarskiego zegarka, minister Łapiński z SLD, zlikwidował kasy chorych zastępując je jednym Funduszem.

Fundusz w momencie powstania stał się monopolistą dla wszystkich lekarzy i od początku zaczął narzucać im niekorzystne dla nich stawki. Nie trzeba więc było długo czekać aż lekarze zaczęli się zrzeszać w różnych organizacjach by mieć mocniejszą pozycję w trakcie negocjacji z NFZ-tem. Tak powstało m.in. Porozumienie Zielonogórskie, które w imieniu swoich członków negocjuje kontrakty z Funduszem. To odwieczne prawo ekonomii – jeśli po jednej stronie rynku istnieje podmiot (bądź kilka współpracujących ze sobą podmiotów), który narzuca swoje warunki pozostałym uczestnikom rynku, prędzej czy później ci pozostali zaczną ze sobą współpracować by zrównoważyć jego przewagę.

A o co chodzi w tym roku? Ministerstwo zdrowia wraz z NFZ-em forsuje swój pakiet onkologiczny. Chodzi w nim o to, żeby to lekarze pierwszego kontaktu przejęli na siebie wszelkie badania związane ze wczesnym wykrywaniem nowotworów. Niby wszystko fajnie, ale jak zwykle rozbiło się wszystko o pieniądze. Lekarze nie chcą przejmować dodatkowych obowiązków (w dodatku wiążących się z dodatkową odpowiedzialnością bo kompletnie nie wiadomo co się stanie gdy któryś z pacjentów oskarży swojego lekarza rodzinnego o to, że zachorował na „raka”) bez odpowiedniego wynagrodzenia. I trudno im się dziwić. Gdyby pracodawca narzucił nam dodatkowe obowiązki bez dodatkowego wynagrodzenia, to prawdopodobnie zaczęlibyśmy szukać nowej pracy. Lekarze nie mają takiego przywileju bo Fundusz Zdrowia jest tylko jeden. Dlatego wykorzystują Porozumienie Zielonogórskie, które niczym związki zawodowe, negocjuje dla nich lepsze warunki z pracodawcą-monopolistą.

Jeśli więc drzwi naszej poradni zastaniemy zamknięte, nie „pierōnujmy” od razu na „tych złych lekarzy”, tylko zastanówmy się co ich do tego pchnęło. A w czasie następnych wyborów nie oddawajmy już głosu na tych, którzy od kilkunastu lat konserwują „chory”, monopolistyczny system finansowania służby zdrowia. Czas przywrócić wolny rynek, w którym gdy jedna z kas chorych zechce narzucić lekarzom warunki nie do zaakceptowania, „pójdą” oni do innej i w ten sposób nigdy nie dojdzie do zamykania poradni.

nfz

Facebook