Przespana „zielona wyspa”

Z końcem lata media odtrąbiły już wszem i wobec koniec dobrej koniunktury gospodarczej w Polsce. „Koniec zielonej wyspy” – obwieściły nawiązując do propagandowego hasła premiera Tuska z pierwszego etapu kryzysu. Szkoda, że informując społeczeństwo o samym fakcie, bądź – w tym wypadku – prognozie gorszej koniunktury, nie mówią dlaczego teraz ma być zdecydowanie gorzej niż przed trzema laty.

Sprzyjający zbieg okoliczności uchronił nas od ogólnoeuropejskiej pierwszej fazy kryzysu. Choć eksport – szczególnie do innych krajów UE – był niższy, to jednak wewnętrzny popyt nadrabiał wszelkie spadki zagranicznego zapotrzebowania na nasze towary. A popyt ów brał się on głównie z tego, że Polska była jednym wielkim placem budowy. Autostrady, stadiony, lotniska, dworce trzeba było skończyć przed EURO 2012. Duża część tych inwestycji była dofinansowana z Unii więc oprócz motywacji do szybkiej pracy były i środki, za które można było budować. Oczywiście miało to również swoje złe strony. Szeroki front robót doprowadził do tego, że dość szybko zaczęło brakować fachowców i firm zdolnych udźwignąć tak duży potencjał organizacyjno-finansowy. „Z braku laku malujymy terōm” – mówi śląskie przysłowie, zatem w przetargach zaczęły wygrywać firmy, które nie miały odpowiedniego doświadczenia w realizacji tak wielkich inwestycji. I najnormalniej w świecie przeliczyły się ze swoimi możliwościami. Na dodatek zaniżając ceny doprowadziły do sytuacji, że nie mogły później płacić swoim kontrahentom i doprowadzały do upadku zarówno siebie jak i po kolei wszystkich swoich poddostawców. Trudno winić władze za to, że firmy realizujące inwestycje publiczne popełniały tak kardynalne błędy. Z drugiej jednak strony w każdym podręczniku „Makroekonomii dla początkujących” pisze czym kończy się prowadzenie tak dużej ilości publicznych inwestycji w jednym czasie.

Teraz skończyło się już EURO i rząd zapowiada – w imię oszczędności – wstrzymanie wszelkich inwestycji. Na gospodarkę może to podziałać jak pociągnięcie hamulca bezpieczeństwa w rozpędzonym ekspresie. Więc jeśli wyhamuje i eksport z powodu recesji w innych krajach Unii, to nie będzie już żadnej lokomotywy, która ten skład pociągnie.

Są jednak państwa w Europie, które nie boją się nadciągającej fali kryzysu. Choć – jak Łotwa czy Islandia – dotkliwie odczuły pierwszą fazę. Na Łotwie w 2009 roku wskaźnik PKB wyniósł minus 18% co było najwyższym spadkiem w Europie i drugim na świecie (po targanej wojną domową afrykańskiej Liberii). Islandia z kolei doprowadzona została do bankructwa przez tamtejszy system bankowy. Po wprowadzeniu horrendalnych oszczędności na Łotwie i dewaluacji islandzkiej waluty aż o 80%, teraz, gdy hamuje cała Europa, gospodarki obu krajów mają się całkiem dobrze. Szkoda, że nasz rząd przespał okazję do oszczędności gdy gospodarka była „na plusie”. Teraz też nie będzie oszczędzał bo przykręcanie śrub inwestycjom to żadna oszczędność. Ale to nie nowość. Od ponad 20 lat żaden z rządów nie zdecydował się na oszczędności. Wszak tak łatwo zniechęcić wyborców. Niech się martwią inni, a po nas to choćby potop.

Facebook