Językowi esteci

Jakiś czas temu usłyszałem, że w przedszkolu, do którego uczęszcza moja 5-letnia córka, słowo „czemu” nie jest mile widziane. Dzieci, które go używają są poprawiane. Zamiast „czemu” powinny mówić „dlaczego”. Na moją uwagę, że przecież obydwa słowa znaczą to samo, odpowiedziano, że „czemu” jest prostackie i nieinteligentne. „Dlaczego” znacznie lepiej brzmi dla ucha. Tak dystyngowanie i wykwintnie.

W hipermarkecie, w którym robię cotygodniowe zakupy, nie ma kiszonej kapusty ani ogórków. Nie chodzi bynajmniej o to, że nie ma takich produktów w ofercie tego sklepu. Stoją sobie przecież dzielnie w beczkach, jak na kiszone produkty przystało. Gdy jednak celem zważenia użyje się samoobsługowej wagi, nie można znaleźć ani kiszonej kapusty ani ogórków. Zamiast tego na monitorze wyświetlają się produkty „kwaszone”. Żeby było jeszcze śmieszniej towary te można znaleźć w menu pod nazwą „kiszonki”. Dziwi ta niekonsekwencja. Skoro ogórki i kapusta są kwaszone a nie kiszone, to też cała grupa produktowa powinna się nazywać „kwaszonki” a nie „kiszonki”.

W obydwu wypadkach zdziwienie moje było duże, więc dla pewności sprawdziłem w słowniku języka polskiego. I okazało się, że obydwa słowa w tym języku występują. Dziwnym zbiegiem okoliczności (a może wcale nie takim dziwnym?) mają jednak swoje, identyczne niemal, odpowiedniki w języku śląskim. Mamy przecież „czymu”, „czamu”, „poczamu” no i „kiszōny”. Czy nie jest tak, że właśnie dlatego, że słowa te występują w obu językach jednocześnie, są rugowane z języka polskiego, by brzmieniowo nie przypominały – plebejskiego przecież – języka śląskiego?

Mamy już doświadczenia z „kartoflem” i „ziemniakiem”. „Karfofel”, który również występował w obu językach, został z języka polskiego niemal zupełnie wyrugowany. I na nic się zdała toczona od dawna krucjata znanego polonisty, prof. Miodka, który zawsze opowiadał się za „kartoflem”. Jeszcze parę, paręnaście lat temu „ziemniaki” królowały w kartach dań eleganckich restauracji, ale w cennikach sklepów, szczególnie warzywnych, istniały tylko „kartofle”. Obecnie nawet na targu używa się praktycznie tylko „ziemniaka”. Bo przecież „kartofel” jest taki mało atrakcyjny, ordynarny i prymitywny. A w dodatku niemieckiego pochodzenia. Tfu!

W sferze językowej największym dobrem jest dla mnie ślōnskŏ gŏdka. Ktoś mógłby więc zapytać dlaczego martwię się zubożeniem języka polskiego z jakim mamy do czynienia dzięki wycinaniu słów „czemu” czy „kiszony”. Niestety wpływ języka polskiego na śląskiego brata jest obecnie tak ogromny, że istnieje realne zagrożenie, że już niedługo i Ślązacy będą mieć z tym zjawiskiem problem. Dzisiejsza młodzież, która z różnych przyczyn nie mogła nauczyć się za bajtla poprawnej gŏdki, już dziś chcąc używać języka śląskiego tworzy czasem różne językowe potworki. Sam słyszałem parokrotnie m.in. o „ziymniŏkach”, nie tylko od młodzieży zresztą. Czy za parę lat dzisiejsze przedszkolaki używając gŏdki będą mówiły „dlaczygo” albo „kwaszōne”? A cóż to obchodzi dzisiejszych językowych estetów, dla których najważniejsza jest subiektywna ocena „inteligenckości brzmienia” poszczególnych słów? Jeśli jakiś wyraz brzmi zbyt prostacko to nie ma prawa istnienia. A słowniki, które go ujmują należy spalić albo co najmniej wciągnąć na „indeks ksiąg zakazanych”.

Facebook