Mija właśnie rok od demonstracji przed katowickim oddziałem NFZ. Wtedy udało się jeszcze powstrzymać decyzję o likwidacji kart chipowych Śląskiej Kasy Chorych. Czy wdrażany obecnie system eWUŚ okaże się ich godnym następcą?

eWUŚ kontra karty chipowe Śląskiej Kasy Chorych

Po raz pierwszy system kas chorych wprowadzono w Polsce w 1919 r. Działał aż do 1933 r., kiedy zastąpiono go Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Wyjątkiem było wówczas autonomiczne Województwo Śląskie, na terenie którego kasy chorych działały aż do 1946 r. Po raz drugi Kasy Chorych wprowadził rząd Jerzego Buzka jako jedną z czterech swoich sztandarowych reform. I po raz kolejny system ten na Górnym Śląsku okazał się wyjątkowy w skali całej Rzeczpospolitej.

Samorządowe worki pieniędzy

Nowy system wzorowany był na niemieckich kasach, choć Niemcy to nie jedyny kraj, w którym funkcjonują podobne rozwiązania. Można je spotkać również w Austrii, Holandii czy Szwajcarii. Kasy Chorych w Polsce były całkowicie niezależne od administracji rządowej. Sejmiki poszczególnych województw wybierały Rady Kas, a te z kolei Zarządy. Ministerstwo zdrowia nie miało prawa ingerencji w działalność Kasy, choć w późniejszym okresie rząd chciał wpływać na Kasy poprzez Urząd Nadzoru Ubezpieczeń Zdrowotnych. Były więc to typowo samorządowe instytucje, na które polityka rządu w Warszawie nie miała mieć wpływu. Niestety działacze prącego wówczas do władzy SLD dostrzegli, że scentralizowanie systemu da im olbrzymią władzę nad gromadzonymi przez Kasy pieniędzmi. Tak rozpoczęła się medialna batalia o ich likwidację. Nim to się jednak stało Regionalne Kasy, a szczególnie jedna – Śląska – zanotowały kilka znaczących sukcesów.

Śląska Kasa Chorych solą w oku ministra

Porównując dane statystyczne w skali całego województwa śląskiego z roku 2000 z danymi z 1998 (sprzed reformy) zwraca uwagę większa liczba hospitalizacji, większa liczba świadczeń udzielanych przez specjalistów czy większa liczba porad podstawowych. Wzrost liczby finansowanych świadczeń zbiegł się z pomysłem uruchomienia systemu informatycznego służącego do zarządzania ale i kontroli systemu finansowania służby zdrowia. W roku 1999 zaczęły się prace wdrożeniowe systemu START, którego głównymi elementami były karty chipowe i połączenie wszystkich placówek zdrowotnych i aptek w jednej sieci informatycznej. Dzięki temu w każdej chwili wiadomo było o udzielaniu każdej usługi medycznej czy realizacji każdej recepty. System komputerowy w prawie 30 modułach na bieżąco zbierał informacje od ponad 3000 zakładów opieki zdrowotnej udzielających świadczeń ponad 5 milionom ubezpieczonych. Dość szybko zostały wyeliminowane wszelkie nadużycia, podczas gdy w innych województwach co jakiś czas wybuchały afery z realizacją nieuprawnionych recept. Takie osiągnięcia stały w sprzeczności z negatywną propagandą Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który żądając likwidacji Kas Chorych wskazywał na ich nieudolność. Znamienne, że w kampanii wyborczej 2001 roku SLD postulował zastąpienie Kasy kilkoma funduszami, które miały ze sobą konkurować. Po wygranych wyborach działacze lewicy szybko odeszli od tego pomysłu zastępując go jednym, scentralizowanym, a więc podległym ministrowi zdrowia, funduszem. Żeby jednak Kasy zlikwidować należało je całkowicie skompromitować w oczach opinii publicznej. Najbardziej niebezpieczna dla planów ministra Łapińskiego pozostawała Śląska Kasa, bo wdrożenie systemu, który dawał olbrzymie oszczędności mogło zagrozić ministerialnym planom. Wytoczono więc najcięższe armaty, które miały wskazać na rzekomą niegospodarność Andrzeja Sośnierza, dyrektora Śląskiej Kasy Chorych. Dowodów żadnych na ową niegospodarność ani też korupcję nie znaleziono, co parę lat później potwierdził sąd uniewinniając Sośnierza od wszelkich zarzutów. Ale Kasy i tak zlikwidowano zastępując je Narodowym Funduszem Zdrowia. Zachowano wprawdzie wojewódzkie oddziały NFZ, ale miały one pełnić tylko funkcję administracyjną, bez możliwości prowadzenia niezależnej polityki, jak to wcześniej robiły Kasy Chorych. Skądinąd wojewódzkie oddziały świetnie też się nadawały na intratne posady dla lokalnych działaczy lewicy.

Śląska skarbonka

Jeszcze przed ostateczną likwidacją Kas Chorych, na Śląską Kasę, a później na śląski oddział NFZ, nałożono opłaty wyrównawcze, które później przekazywano biedniejszym Kasom. W późniejszych latach nabrało to osobliwych rozmiarów. Śląski oddział NFZ, choć biedniejszy od mazowieckiego płacił więcej, a dostawał mniej. W roku 2011 przy podziale tzw. funduszu zapasowego śląski oddział otrzymał 15 mln zł, zaś mazowiecki 538 mln, choć pod względem ilości mieszkańców nie województwo mazowieckie jest niewiele większe od śląskiego. Taka polityka doprowadziła do dużego deficytu w kasie śląskiego oddziału NFZ, a to z kolei do poważnego zadłużenia dużej części śląskich szpitali. Klasyczny jest przykład Chorzowskiego Centrum Pediatrii i Onkologii, które miało wielkie kłopoty z wynegocjowaniem z władzami NFZ kwoty zwrotu za tzw. nadwykonania i pod koniec zeszłego roku stanęło na skraju bankructwa. W tym samym czasie inny chorzowski Szpital Specjalistyczny radził sobie zupełnie dobrze, przeprowadzając jednocześnie szeroki front prac remontowych. Skuteczne zarządzanie tym szpitalem nie jest jednak pełnym wyjaśnieniem jego dobrej kondycji. Równie istotna, a może jeszcze istotniejsza jest wysokość kontraktu z NFZ, który nie potrafi wyceniać poszczególnych usług medycznych. Więc gdy jedne szpitale klepią biedę bo urzędnicy Funduszu wymuszają na nich zbyt niskie ceny, inne mają się całkiem dobrze, bo proponowane przez NFZ ceny za inne usługi medyczne są całkiem przyzwoite.

RUM czyli eWUŚ

Od czasu likwidacji systemu Kas Chorych, poszczególni ministrowie zdrowia ogłaszali raz po raz plany wdrożenia ogólnopolskiego Rejestru Usług Medycznych. W województwie śląskim wzbudzało to zawsze nie lada zdziwienie. Wszak wciąż działał system START i – co za tym idzie – karty chipowe wszystkich ubezpieczonych, więc wszelkie dane, które miał gromadzić RUM i tak były zbierane. Dlaczego nikt nie zaproponował przeniesienia śląskich doświadczeń na grunt ogólnopolski? Z pewnością zrobił to sam Andrzej Sośnierz będąc przez kilkanaście miesięcy w latach 2006-7 prezesem NFZ. Ale – jak sam mówi – ukryta opcja bizantyjska w Warszawie, stanowi skuteczną obronę przed wszelkiego rodzaju uproszczeniami systemu i oszczędnościami. W Warszawie mają też najwyraźniej alergię na wszystko co śląskie i wolą od początku stworzyć coś nowego niż pozwolić by Ślązacy istniejący już u siebie system, rozbudowali w całej Polsce. 1 stycznia tego roku ruszył więc zupełnie nowy system o nazwie eWUŚ. Całkowicie bez kart chipowych ani innych dokumentów pozwalających na identyfikację pacjenta, choć kolejni ministrowie zdrowia opóźnienia we wdrażaniu RUM-u usprawiedliwiali właśnie kartami. A to wysokimi kosztami ich produkcji, a to integracją chipu z nowym wzorem dowodów osobistych, a to przedłużającą się procedurą przetargową związaną z wdrożeniem systemu opartego o karty chipowe itd. Nowy system teoretycznie jest dla pacjentów prostszy. Nie muszą przecież pamiętać o karcie chipowej wychodząc do lekarza. Wystarczy jakikolwiek dokument, na którym jest numer PESEL. Ale dzięki temu podstawowy element kontroli zostaje już na wstępie zachwiany. W naszym systemie każda usługa medyczna była rejestrowana właśnie za pomocą karty. Bez niej nie było to możliwe. Teraz wystarczy wpisać PESEL do systemu. Jest to więc potencjalne pole do nadużyć bo nieuczciwi lekarze czy farmaceuci mogą bez kontroli używać numerów PESEL osób zdrowych i nieświadomych tego procederu. Rodzi się też pytanie jak wylegitymują się dzieci nieposiadające jeszcze dowodu osobistego czy prawa jazdy. W województwie śląskim oczywiście użyją karty chipowej, którą każde nowonarodzone dziecko otrzymywało i która wciąż jest ważnym dokumentem. A w innych województwach, w których dzieci kart chipowych nie mają? To są pytania, które pojawiają się u każdego, kto zetknął się z nowym systemem. Ale prawdziwe problemy pojawią się dopiero w jego codziennym funkcjonowaniu. Oby nie okazało się, że była to zmiana „z papucia na lać”.

Facebook