Dziadek z Wehrmachtu” wciąż na topie

Od afery z „dziadkiem z Wehrmachtu” Donalda Tuska upłynęło już tyle czasu, że wydawało się, że ta sprawa nigdy nie będzie rodzić kontrowersji. A jednak wciąż są osoby, które sugerują, że posiadanie dziadka w Wehrmachcie to powód do wstydu, albo przynajmniej głębokiego dyskomfortu. Ale nie to jest jeszcze najgorsze. Wszak zawsze można tłumaczyć takie zachowanie wyjątkowo złą wolą tych osób. Gorsze jest to, że nawet ci, którzy podchodzą do kwestii służby w niemieckim wojsku neutralnie, tłumaczą, że przecież Ślązacy nie mieli wyjścia bo zostali do Wehrmachtu wcieleni.

Jedną z przyczyn wyjątkowo niskiego poziomu publicznego dyskursu na temat służby jest brak wiedzy na ten temat. Ja akurat miałem to szczęście, że obaj moi dziadkowie służyli i w Wehrmachcie i w Wojsku Polskim i – co najważniejsze – dożyli sędziwego wieku, więc mogli swoje przeżycia wnukowi opowiedzieć. I na podstawie ich opowieści wiem, że jakiekolwiek powołanie do wojska, na wojnę, bez względu na barwy munduru, który poborowy musi założyć, jest dla Ślązaka wcieleniem.

Starszy z moich dziadków został powołany czy raczej wcielony do Wojska Polskiego w roku 1938. Wcielony bo powołanie dostał wbrew swojej woli. Moja babcia, wówczas młoda żona i matka, interweniowała nawet w Wojskowej Komisji Uzupełnień. Wszak dziadek był jedynym żywicielem rodziny, a ona z uwagi na opiekę nad kilkumiesięcznym synem, nie mogła podjąć pracy. Usłyszała: „Nie trza sie bōło tak modo wydŏwać”. Ale wskórała przynajmniej tyle, że dziadka nie skierowano – jak wcześniej planowano – do jednostki w Równem (na Kresach Wschodnich, obecnie na Ukrainie), ale do chorzowskiego 75 Pułku Piechoty. Dzięki temu dziadek często bywał w domu, ale też rozpoczął wojnę rok szybciej, gdyż wraz ze swoim Pułkiem „zajmował Zaolzie” w październiku 1938 r.

Pamiętam doskonale, że z opowieści obu dziadków – prócz przestrogi przed dramatem wojny – wyłaniała się duma. Duma z tego, że udało im się przeżyć, że powrócili do rodziny, do domu, do Chorzowa. Duma, która tak bardzo kontrastuje z polskim romantyzmem, który każe raczej umierać za ojczyznę niż martwić się pozostawioną w domu rodziną. Ale moi dziadkowie nie opowiadali o ideałach, którymi armie polska czy niemiecka „motywowały” ich do poświęceń. Bo te ideały do nich nie przemawiały. Nie chcieli umierać ani w obronie polskich władz ani za Führera. Bo to nie była ich wojna. Bez względu na mundur jaki akurat nosili. Ówczesny nacjonalizm nie wpisywał się w śląską mentalność. Mentalność, która najbliższa jest pragmatycznym Czechom. Czechom, którzy wiosną 1939 r. bez jednego wystrzału oddali Pragę. Jak bardzo ta decyzja – nawet teraz, po latach – jest deprecjonowana przez Polaków nie trzeba chyba wspominać? Wszak to symbol narodowej hańby. Wystarczy jednak odwiedzić Pragę by zrozumieć mądrość i roztropność czeskich braci. Czy jednak ci, którym tak bardzo przeszkadza „dziadek w Wehrmachcie” zechcą kiedykolwiek zrozumieć motywy, jakimi kierowali się w czasie wojny Ślązacy?

 

Rafał Adamus

Facebook