Samorządy korzystając z unijnych funduszy realizują inwestycje, które są kołem zamachowym gospodarki. Czy ograniczenia nałożone przez Ministerstwo Finansów zahamowują ich realizację?

Długi dobre i złe

Na listopadowym szczycie unijnym premier Tusk walczył – bezskutecznie na razie – o 300 mld zł unijnych dotacji z funduszy strukturalnych na lata 2014-20. Czołowe media regularnie donosiły o tym czy uda się wynegocjować więcej czy jednak David Cameron obetnie unijny budżet tak, że zostaną nam same ochłapy. Liderzy polskiej opozycji i z prawa i lewa komentowali wydarzenia ze szczytu, wspominali o negocjacjach, które sami kiedyś prowadzili. Komentatorzy opowiadali o tym co moglibyśmy zrobić dzięki unijnym dotacjom, o ile wzrósłby dzięki nim polski PKB, jak zachowałaby się stopa bezrobocia itd. Tymczasem istnieje niebezpieczeństwo, że nawet gdy Donald Tusk wywalczy w Brukseli całą masę euro, to my i tak nie będziemy mogli ich wydać.

Bezpieczne zadłużenie

Dług publiczny to pieniądze, które publiczne instytucje, a więc państwo, ale też samorządy, zaciągnęły u różnorakich pożyczkodawców w celu sfinansowania różnych celów. Dokładnie tak samo jak w przedsiębiorstwie czy w rodzinie. Gdy chcemy kupić coś nowego bądź brakuje nam na bieżące wydatki możemy zaciągnąć pożyczkę. Świadomi oczywiście, że będzie nas to trochę kosztowało w postaci odsetek czy prowizji. Wszystko jest w porządku jeśli dług nie jest zbyt duży i stać nas na spłatę kolejnych rat i odsetek. Gorzej gdy zadłużymy się tak, że nie potrafimy już spłacać zadłużenia i zapuka do nas komornik. By uniknąć takiej sytuacji w polskiej Konstytucji zapisano, że maksymalny próg zadłużenia wynosi 60% Produktu Krajowego Brutto. Dzięki temu zabiegowi z połowy lat 90-tych uniknęliśmy dziś losu Grecji czy Hiszpanii. Ale tak czy siak niebezpiecznie zbliżyliśmy się do konstytucyjnego progu zadłużenia. Trzeba więc zacisnąć pasa. Do puli zadłużenia wliczają się jednak wszelkie zobowiązania publiczne, tak zaciągnięte przez państwo jak i przez jednostki samorządu terytorialnego. I właśnie to jest kością niezgody. Państwo – w osobie Ministra Finansów – chcąc zostawić sobie jeszcze jakiś margines zadłużenia, przykręca śrubę samorządom.

Kaganiec ministra

Już obecnie samorządy mają dwa progi, których muszą się trzymać. Nie mogą przekroczyć progu 60% zadłużenia w stosunku do swoich rocznych dochodów. Obsługa zadłużenia nie może z kolei przekroczyć 15% tych dochodów. Ale teraz na samorządy padł blady strach. Bo za rok, od 1 stycznia 2013, dojdzie kolejny próg. Już sam wzór, według którego wyliczać się będzie ten nowy próg, jest tak skomplikowany, że wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast przyprawia o ból głowy. Zależny on będzie od planowanej w danym roku kwoty spłaty kredytów i pożyczek, odsetek od tych kredytów i pożyczek, dochodów i wydatków bieżących, dochodów ze sprzedaży majątku i dochodów ogółem. Zdecydowana większość samorządowców obawia się, że dodatkowy próg sprawi, że nie będą mogli realizować kolejnych inwestycji, albo – co gorsza – dokończyć tych już rozpoczętych. Przecież na jakąkolwiek większą budowę czy modernizację potrzebne są środki, których żadna gmina czy powiat nie ma w swojej kasie. Już obecnie część samorządów się „wystrzelała” zbliżając poziom swego zadłużenia do 60% rocznych dochodów. A co będzie za rok?

Dług długowi nie równy

Wydatki samorządów związane są z ich zadaniami własnymi i zleconymi. W większości wypadków największą część tych wydatków stanowią koszty oświatowe. Choć samorządy otrzymują z budżetu państwa subwencję oświatową, to w zdecydowanej większości przypadków nie pokrywa ona wszystkich wydatków na edukację. I rokrocznie do oświaty dopłacają, zabierając pieniądze przeznaczone na realizację innych celów, głównie inwestycji i remontów. Częściowo te inwestycje finansują później kredytami i pożyczkami. Bo tak wydane pieniądze się zwracają. Roboty i usługi budowlane są napędem gospodarki. Więc każda złotówka wydana na inwestycje pomnaża się przynosząc – w postaci podatków – dochód państwu i jednostce samorządu terytorialnego. Pod tym względem wydatki samorządowe są znacznie korzystniejsze niż wydatki państwa, które – choć ostatnio również prowadzi duże inwestycje jak np. budowę autostrad – procentowo większą część niż samorządy przeznacza na wydatki bieżące np. płace urzędników.

Unia daje i wymaga

Pieniądze, o które trwa walka w Brukseli mogą w dalszym ciągu napędzać rozwój całej Polski. Żeby było to jednak możliwe musi być spełnionych wiele warunków. Jednym z nich jest zapewnienie wkładu własnego przez beneficjenta. W przypadku beneficjentów z sektora publicznego maksymalny poziom dotacji unijnej może wynieść nawet 85%. Oznacza to, że mając 150 tys. zł gmina może zrealizować zadanie o wartości miliona. Tylko głupi by nie skorzystał. A biorąc pod uwagę ogrom potrzeb (drogi, kanalizacja, obiekty kultury, oświaty, zdrowia itd.) 300 mld funduszy strukturalnych mogłoby zostać wykorzystanych w mig. Jest jednak jedno małe „ale”. Trzeba mieć wkład własny. A w przypadku większych, kilkudziesięciomilionowych projektów, wkład własny też jest liczony w milionach. W takich wypadkach samorządy mogą zapewnić jego odpowiedni poziom tylko dzięki finansowaniu z kredytu. Jednak jeśli któryś z wskaźników będzie niebezpiecznie bliski progu, wtedy gmina nie będzie mogła się zadłużać, a więc nie zdobędzie wkładu własnego i nie zrealizuje zadania. A wtedy obecna walka o jak największy budżet unijny okaże się zupełnie niepotrzebna. Co to co wywalczyliśmy nie wykorzystamy. Czy wprowadzając progi zadłużenia nie wylano dziecka z kąpielą?

Facebook