Centralny upadek zabytków

My, autonomiści, spotykamy się czasem z zarzutem, że znaleźliśmy sobie „chłopca do bicia” i winę za wszelkie zło na Śląsku zwalamy na niego. Ten „chłopiec” zwie się centralizmem. Być może jest trochę prawdy w tym, że niektóre kwestie, o które posądzamy centralistyczny system polityczno-administracyjny, dałoby się załatwić na naszym śląskim placu bez zawracania głowy „warszawce”? Z pewnością jednak nie należy do tego kwestia ochrony zabytków.

Czasem część winy leży po stronie samorządu, jak w przypadku szopienickiej Huty Uthemanna. Ale w zdecydowanej większości przypadków władza samorządowa ma związane ręce. Urzędnicy samorządowi mogą się tylko przyglądać jak wspaniałe niegdyś zabytki popadają w coraz większą ruinę, aż zawalą się zupełnie bądź powiatowy inspektorat nadzoru budowlanego zostanie zmuszony do wydania decyzji o rozbiórce obiektu ze względu na jego zły stan techniczny. Tak stało się z przepiękną kamienicą na bytomskim Rozbarku. Czasem scenariusz jest inny. Na przykład wybucha pożar, jak to się stało z zabrzańskim młynem czy zabudowaniami szopienickiej huty. Pamiętam doskonale, gdy w marcu 2005 roku spłonął młyn w Zabrzu, jego właściciel zarzekał się, że na tym miejscu nie stanie żaden supermarket. A co teraz stoi? Tak, drogi czytelniku, masz rację! „Biedronka”! Pożyjemy parę lat i zobaczymy co stanie na miejscu chorzowskiej rzeźni, która – ze wzglądu na położenie niemal w centrum miasta – jest pewnie łakomym kąskiem dla każdego dewelopera. Tym razem decyzję o wykreśleniu niektórych obiektów rzeźni z rejestru zabytków podjął sam – z uwagi na sprzeciw miejskiego konserwatora – generalny konserwator zabytków.

Mamy więc do czynienia ze złym, stanowionym przez parlament, prawem (bardzo trudno, a w większości przypadków wręcz nie sposób zmusić właścicieli do należytego zabezpieczenia obiektu zabytkowego), złą praktyką systemu sprawiedliwości (gdy urzędnicy samorządowi składają zawiadomienie o przestępstwie w związku z niewykonywaniem obowiązków zabezpieczenia zabytku to zwykle jest ono umarzane z uwagi na „niską szkodliwość społeczną”, albo grzywna jaką musi zapłacić właściciel jest śmiesznie niska w stosunku do wartości o jaką wzrośnie grunt gdy zabytek zostanie wyburzony), bądź złymi i niekompetentnymi urzędnikami – generalnym bądź wojewódzkim konserwatorem zabytków, którzy mianowani przez organy rządowe realizują de facto nieudolną politykę rządu.

Ruch Autonomii Śląska od dawna apeluje o powołanie finansowanego z budżetu państwa Funduszu Ochrony Zabytków Przemysłowych, którego działalność miała być wzorowana na Narodowym Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa. Tymczasem ostatnio minister kultury (wrocławianin Bogdan Zdrojewski) zapowiedział znaczne ograniczenie wydatków na NFRZK i przekazanie tych środków na obiekty wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ponieważ kilka obiektów z tej listy znajduje się na Dolnym Śląsku, decyzja ministra spotkała się z zarzutami o jego „regionalną stronniczość” i centralistyczną maniery manierę „dziel i rządź”. Tak czy siak przemysłowe zabytki Górnego Śląska nadal są bez szans na poprawę swego losu.

Facebook